Pan Bóg na kolanach??

Dodano dnia 21/05/2011 | 2 komentarze

Pan Bóg na kolanach??

V Niedziela wielkanocna

J 14,1-12

Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę”. Odezwał się do Niego Tomasz: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” Odpowiedział mu Jezus: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście”. Rzekł do Niego Filip: „Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy”. Odpowiedział mu Jezus: „Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: „Pokaż nam Ojca?” Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie – wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła! Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca.

Czy Pana Boga można spotkać na kolanach przed człowiekiem? Skąd w ogóle to pytanie? Skąd skojarzenie? Skojarzenie proste ludzkie. Bo czy nie jest tak, że i modlitwę, i wszelkie relacje z Bogiem ograniczamy zbyt często jedynie do próśb? Im dłuższych, tym pewniej skuteczniejszych. Im więcej słów, tym z większym poczuciem spełnienia. Im więcej ofiar, darów, poświęceń… Niczym natrętni akwizytorzy. Co próbujemy Bogu sprzedać? Nasze porażki, obawy, wyzwania, lęki przed nieznanym.

To Bóg w dzisiejszej Ewangelii staje się quasi Akwizytorem, po to bym ja akwizytorem być nie musiał. Jak to robi? Na początek wyzbywa z paraliżującego lęku (niech się nie trwoży serce wasze), obiecuje dostatnie życie w bliżej nieokreślonym miejscu domu swojego Ojca, który i sam wysprząta, i pofatyguje się po nas osobiście by tam nas zabrać – piękny wstęp. Lecz na tym zwyczajne akwizytorstwo się kończy. Bóg bowiem próbuje nam sprzedać samego siebie. No właśnie kto? Jezus, czy Ojciec. Na szczęście spory chrystologiczne pierwszych wieków chrześcijaństwa już nas nie dotyczą. Nie stajemy przez problemem uznawania Mesjaństwa, boskości Jezusa. Bardziej to wiemy, niż musimy wierzyć. On i Ojciec są jedno. Fragment Ewangelii z V niedzieli wielkanocnej jest tekstem z Ostatniej Wieczerzy, ostatnie słowa, ostatnia wola, przygotowanie na Pasję. Tak jakby Jezus chciał uprzedzić swoimi zapewnieniami, że pomimo tego, czego będą świadkami w ciągu najbliższych kilku dni, nie muszą tracić wiary. Niszczone przez mękę człowieczeństwo Jezusa, lejąca się krew, porozdzierana skóra, nie zerwie z Niego boskości. On już wewnętrznie boski. Wewnętrznie. Myślę, że to właśnie słowo może być kluczem do zrozumienia tego fragmentu ewangelii.

W jedną z minionych sobót udało się nam wybrać do Lecceto, starego monasteru Augustynianek. Starego, nie znaczy wymarłego. Wręcz przeciwnie, tenże monaster stał się źródłem odnowy Zakonu kontemplacyjnego. Dziś przychodzące tam siostry, zasilają inne miejsca we Włoszech. Co robią? Modlą się, jak na zakon kontemplacyjny przystało. Akcji duszpasterskich nie uprawiają. Są bardziej wewnętrzne niż zewnętrzne. Na wewnętrznym dziedzińcu na ścianie znajdują się freski. Jeden z nich przedstawia (co widać wyżej) mniszkę w rozmowie z Jezusem. Mniszkę pomiędzy Jezusem, a wydrapanym (mam nadzieję, że tylko przez czas) wilkiem po lewej. Dlaczego piszę o tym? Zdaje się jak ulał pasować do dzisiejszej Ewangelii. Jezus próbuje wciągnąć w dialog swoich uczniów. Robi to ze śmiertelną szczerością, świadom że to ostatnie godziny jego życia. Mówi rzeczy najważniejsze. Odsłania się przed najbardziej zaufaną grupą ludzi na ziemi – 11 apostołami, pokazując o co w tym wszystkim chodzi. Obnaża się. Pozwala zobaczyć Tajemnicę egzystencji Boga Trójcy. Ja i Ojciec. I Duch, o którym nie pada ani słowo w tym momencie, choć i On trwa pomiędzy Nimi. Jezus, który z jednej strony otwiera serce, co kryje Tajemnice, z drugiej zaś głęboko patrzy w oczy mniszki. Jakby chciał powiedzieć: rozumiesz o co chodzi? Chodzi o najgłębszą Prawdę, chodzi o wybranie właściwej Drogi (czai się już bowiem wydrapany diabeł), chodzi wreszcie by to wszystko nie było plastikowe i sztuczne, ale aby stało się Życiem.

Marni klienci jesteśmy Jezusowych akwizycji. Dlaczego? Właśnie dlatego, że Jezusa uważamy za kolejnego akwizytora, który próbuje nam udowodnić, iż potrzebujemy coś, czego potrzeby nie czujemy. Że musimy z konkretnych rzeczy zrezygnować, by osiągnąć kiedyś tam coś mglistego. I dobrze, że jesteśmy marni, bo nie o handel tutaj chodzi, ale o coś, co wydrapywany (nawet częstymi nawróceniami) diabeł, próbuje nam zafałszować. Miłość. Taka jakiej nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Bóg jest na kolanach, bym uwierzył.

2 komentarze

  1. Gratulejszyn i powodzenia ;)) Saludos

  2. Dziękuję:) Pan Bóg ma świetne wyczucie czasu:D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *