Obudzić do nowego życia

Dodano dnia 22/05/2012 | 5 komentarzy

Obudzić do nowego życia

Ma mądrą Mamę, która ją wspiera, i kochające dzieci. Trafia też na dobrych ludzi. Sama zaś budzi innych do życia. I to dosłownie. Z Janiną Mirończuk, prezesem Fundacji „Światło”, rozmawia ks. Radosław Warenda SCJ.

Halina Birenbaum swoje traumatyczne wspomnienia z okresu II wojny światowej opisała w książce Nadzieja umiera ostatnia. Czy Pani, walcząc o życie ludzi w śpiączce, potwierdza to hasło?

Nadzieja nigdy nie umiera. 18 lat pracy w opiece hospicyjnej oraz 9 lat z pacjentami w śpiączce i ich rodzinami potwierdzają tę zasadę. Ludzie ze schorzeniami nowotworowymi lub takimi, które pozbawiają władzy nad ciałem i uzależniają od innych osób, długo mają nadzieję na wyzdrowienie, na cud. Jeżeli ten rodzaj nadziei odchodzi, przychodzi inna – na odejście bez bólu i cierpienia, na obecność do końca osoby życzliwej i kochanej, na pomoc anioła w drodze do domu Ojca, a wreszcie na ujrzenie oblicza Chrystusa i miłosiernego Boga. Sytuacja ludzi w śpiączce jest inna, ich rodzin także. Tu nigdy nie można mówić „nigdy” i nikt nie może wchodzić w kompetencje Boga. 22 wybudzone osoby są tego dowodem. Nie można dawać złudnej nadziei, ale nie można jej też odbierać.

Jest Pani prezesem Fundacji „Światło”. Jaki jest cel Waszego istnienia?

Fundacja powstała, aby zajmować się osobami marginalizowanymi społecznie i pozbawionymi właściwej opieki medycznej. Wszystkie nasze działania rozpoczęły się od opieki nad człowiekiem ze schorzeniem nowotworowym. W takiej sytuacji choruje cała rodzina. Umierający rodzic nieletniego dziecka musi mieć pewność, że ktoś pomoże jego małżonkowi. Należało zatem objąć opieką dzieci. Kolonie, wyprawki, okazjonalne spotkania, spełnianie marzeń to przykłady naszych działań.

Do hospicjum zgłaszały się często osoby walczące z chorobą. To jeszcze nie było miejsce dla nich, więc w Toruniu powstała pierwsza Akademia Walki z Rakiem. Obecnie działają one też w Poznaniu, Warszawie, Szczecinie, Wrocławiu, Gdyni, Gdańsku, Częstochowie, Suwałkach i Sanoku. Lekarz ustala leczenie, a akademie dają choremu i jego rodzinie wsparcie psychiczne, społeczne, zdrowotne i duchowe. Wszystko po to, aby wygrać z nowotworem.

Pierwszy pacjent, który został przyjęty do hospicjum w stanie śpiączki, nie był nawet tak określany. Zauważyliśmy bowiem, że on wciąż żyje, tylko inaczej. Stał się dla nas inspiracją do założenia fundacji. Z czasem dotknęliśmy również problemów rodzin takich osób. W ten sposób zrodziły się warsztaty dla ludzi opiekujących się osobami w śpiączce zorganizowane w skali ogólnopolskiej. Pierwsi pacjenci, wybudzeni wysiłkiem wielu osób, wskazali nam dalsze działania, np. organizację turnusów rehabilitacyjnych.

Udało się Wam wybudzić już ponad 20 osób. Jak przebiega taki proces?

Wybudziliśmy dokładnie 22 osoby. Wszystkie nasze działania wypływają z przeświadczenia, że pacjent słyszy, widzi, czuje, ale nie odpowiada w sposób jednoznaczny. Z perspektywy czasu okazało się, że jest to jedyna słuszna droga. To, co na początku wyczuwaliśmy intuicyjnie, w obecnej chwili stwierdzają urządzenia.

Wybudzanie to wielomiesięczna praca rehabilitantów, psychologów, pedagogów, logopedów, pielęgniarek i lekarzy, polegająca na bodźcowaniu ludzkich zmysłów i dokładnej obserwacji zachowania pacjenta. Pierwsza świadoma odpowiedź na nasze działanie jest początkiem bardzo długiej i ciężkiej pracy zespołu. Ludzie opiekujący się podopiecznymi są największą wartością. To oni wierzą, że za dzień, miesiąc, rok dotrze się do psychiki pacjenta.

W jaki sposób trafiają do Waszego ośrodka chorzy w śpiączce?

Zajmujemy się także edukacją społeczną, walką o opiekę zdrowotną osoby w stanie wegetatywnym i o miejsce dla niej w społeczeństwie. Szpitale wiedzą o naszym istnieniu. W 2007 i 2009 roku zorganizowaliśmy ogólnopolskie konferencje „Jest życie w śpiączce”. Pomagają nam także media. Dokładne informacje o ośrodku i koniecznych formalnościach znajdują się na stronie internetowej: www.fundacja.swiatlo.org.

Jaki jest prawny status ludzi w śpiączce? Kto podejmuje za nich decyzje, także te najważniejsze dotyczące leczenia i dalszego życia?

Musimy zawsze o tym pamiętać, że osoby w stanie wegetatywnym posiadają prawa obywateli i prawa pacjenta. Z chwilą prawnego ubezwłasnowolnienia decyzje podejmuje za nie opiekun prawny. Mogą one dotyczyć leczenia oraz uwarunkowań administracyjno-prawnych. O dalszym życiu nikt nie ma prawa decydować, gdyż skracanie go zawsze byłoby zabójstwem.

Są sytuacje z życia pacjentów – i pozytywne, i negatywne – których nigdy Pani nie zapomni?

Kiedy w 2003 roku otworzyliśmy fundację, modliłam się, aby za rok, dwa wybudził się chociaż jeden pacjent, żeby to było motywacją do dalszej pracy. Wybudziło się 22. Pamiętam pierwszego z nich, 21-letniego Radka. Jego nieskoordynowane ruchy, bezwładne ciało w parapodium (urządzeniu ułatwiającym chodzenie), uczenie części ciała, podtrzymywanie głowy. Kiedy przewoziliśmy Radka na dalszą rehabilitację, nie mogłam zrezygnować z osobistego odwiedzenia go.

20-letnia Iza uległa wypadkowi samochodowemu miesiąc przed swoim ślubem. Miała wspaniałych rodziców. Rozmawiali z nią pomimo braku odpowiedzi, wyjeżdżali na spacery. Iza miała nasilone napięcie mięśni rąk, nóg i asymetrię twarzy. Była z nami dwa lata. Przez ten czas kilka razy odchodziła i wracała. Ojciec nie akceptował tego faktu. Wielokrotnie słyszeliśmy jego słowa: „Nie opuszczaj nas”. Widzieliśmy, jak było mu trudno. Psycholog zaczął przygotowywać go na jej odejście. W piątkowe popołudnie ojciec Izy powiedział: „Jeśli chcesz iść do tego lepszego świata, to idź”. Wyjechał, ale zawrócił z drogi, ponieważ Iza odchodziła. Zmarła jednak przy mnie. Widziałam, jak znika napięcie mięśni kończyn, jak zmienia się mimika twarzy. Ujrzałam piękną kobietę, którą pamiętałam ze zdjęć. Ojciec pojechał kupić przepiękną suknię ślubną, buty, bieliznę. W takim stroju chciał ją zabrać. Pielęgniarki ubrały Izę. Wyglądała cudownie.

Co dla Was jest większą radością: walka o wybudzenie ze śpiączki czy fakt powrotu pacjenta do zdrowia?

Walka o wybudzenie inspiruje i pobudza do dalszych niekonwencjonalnych działań. Daje niepewność, ale też nieustanną nadzieję: „Może to dziś? Może przy wykonywaniu tej czynności?”. Patrzymy na pacjenta z empatią, powtarzając: „Przecież ty to czujesz, daj mi znak”. Nie ma zniechęcenia, tylko ciągłe oczekiwanie. Jeżeli nawet po wielomiesięcznych wysiłkach pojawia się diagnoza: przetrwały stan wegetatywny, to dotyczy niewielkiej liczby osób. Zdecydowana większość niewybudzonych jest w stanie minimalnej świadomości lub zamknięcia. Rehabilitantów mobilizuje chęć doprowadzenia pacjenta do zdrowia. sprawność podopiecznego to wyznacznik dalszej mozolnej pracy.

Gdzie leży granica, po przekroczeniu której przestajecie walczyć o ludzkie życie?

Jeżeli pogarsza się stan pacjenta i trzeba zawieść go do szpitala, to czekamy, aż z tego wyjdzie i dalej będziemy mogli ze sobą pracować. Jeżeli są zaburzenia oddychania, to podłącza się respirator. Pacjent odchodzi, kiedy jego serce przestaje bić. Wtedy się z nim żegnamy.

Słyszałem, że potrafi Pani „stworzyć niepowtarzalny nastrój, zmotywować personel, znaleźć czas na rozmowę z pacjentami i ich rodzinami, podlać kwiaty na rabatkach, pogłaskać hospicyjnego kota i… zorganizować międzynarodową konferencję”. Gdzie znajduje Pani inspirację i siłę do działania?

Odpowiedź jest stosunkowo prosta. Nie chciałabym, aby zabrzmiało to patetycznie. Kocham ludzi, staram się ich wysłuchiwać i zawsze pomóc. Chwilami nie jest to łatwe. Poza tym mam zasady, które staram się przestrzegać. Najważniejsze jest Chrystusowe przykazanie miłości, czyli Bóg na pierwszym miejscu, a za nim człowiek. Modlitwa ma bardzo znaczącą rolę w moim życiu. Ważne jest też, aby w każdej chwili dziękować Bogu za sytuację, w której się znajdujemy, bo zawsze może być gorzej. Codziennie przed modlitwą powtarzam słowa proroka Izajasza: „Bo góry mogą się poruszyć i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi ciebie” (54,10). Czy są piękniejsze słowa miłości? A do tego mam mądrą Mamę, która mnie wspiera, i kochające dzieci. Trafiam też na dobrych ludzi. Mam piękne życie, w którym mogę się realizować.

Artykuł ukazał się we „Wstań” 2/2012

 

5 komentarzy

  1. Czytam wywiad i robi mi sie wstyd. Mam czas, zeby wypic kawe, posurfowac na internecie, a tymczasem tam czeka na mnie chora Joanna. Nie spieszy mi sie do szpitalnych zapachow, widoku ludzkiego cierpienia. Nie jest latwo zmierzyc sie z wlasnym strachem, pokonac wlasny egoizm. Zloszcze sie,ze przeciez nie jestem jej rodzina i wlasciwie prawie sie nie znamy, bo poznalysmy sie w szpitalu. Przeciez nie mam obowiazku niesc jej ciezarow… Milosc blizniego wcale nie przychodzi mi latwo… Dobrze Panie, wylaczam komputer. Ide…

    • Dzięki za komentarz: takie reakcje pokazują, jak ważnym jest pisanie o ludziach-bohaterach wspierających chorych.
      Dziękuję raz jeszcze, pozdrawiam!

    • Ze mną jest podobnie. Dawkuję miłość bliźniego, przykutego do łóżka na Oddziale Paliatywnym raz na miesiąc, fałszywie usprawiedliwiając się, że nie ma z Nią – Jadwigą kontaktu słownego, że jestem jej tylko kuzynką z którą kontaktów nie miałam z racji różnicy wieku, że ma bliskie osoby, że nie daje wyraźnego sygnału, iż widzi nas i słyszy a przecież to nieprawda.
      Ilekroć wspominam, że modlę się za Nią ( co jest prawdą ) wybucha szlochem a więc słyszy, reaguje.
      Wspomożycielko wiernych, uczyń mnie wierną nie tylko w dużych rzeczach ale i w małych. Uczyń mnie wrażliwą na ludzkie cierpienie jeszcze bardziej. Amen.

  2. chodzę do mojej p.Adeli codziennie – świątek , piątek i niedzielę .Lubie udostępniać jej swoich rąk w tym w czym jej już niedomagają , użyczam jej nóżek które mnie i ją unoszą w stronę Nieba Dzieki Ci Panie za ten dar , który mi daje tyle radości

  3. Chciałoby się tyle osiągnąć, tak wiele zrobić.. ciągle gonimy, staramy się spełniać i realizować. A wystarczy na chwile usiąść, zastanowić się nad własnym życiem.
    Obserwując cierpienie drugiego człowieka czuję się taka malutka. Chciałabym wszystkich przygarnąć do swojego serca, a tak na prawdę moje serce i wrażliwość nie jest adekwatne z tym jak postępuję.
    Człowiek popełnia błędy i się nad nimi nie zastanawia. Czytając takie artykuły przystaje na chwile.. „Co ja mogę zrobić w takiej sytuacji Boże?” Szukamy odpowiedzi. Zaraz jednak wracamy do codziennych obowiązków. I topimy się w nich.
    Chciałam zrobić coś dla siebie, na prawdę dla siebie. Nie kierować się tym co dobre dla tych których bardzo kocham, ale właśnie wbrew nim postąpić inaczej i być szczęśliwą.
    Tak też zrobiłam.
    Przestąpiłam próg Kościoła, poznałam wspaniałych ludzi, wzmocniłam więź z Panem Bogiem, stałam się otwarta na potrzeby drugiego człowieka i cały czas pracuję nad sobą.
    Teraz jedyne czego pragnę to drugiemu człowiekowi oddać się – tak całkowicie. I nie myśleć o tym co będzie dalej, co stracę, a co zyskam, że być może zawiodę rodziców, rodzinę.
    Takie sytuacje i tacy ludzie jaki przedstawia nam artykuł powyżej otwiera nam oczy. Pobudza do działania.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *