Dziecię z Sercem Boga

Dodano dnia 01/01/2012 | 0 comments

Dziecię z Sercem Boga

„Powiła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie. W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze (…). Wtem stanął przy nich anioł Pański (…). Rzekł do nich: «(…) narodził się wam Zbawiciel (…)»” (Łk 2,7nn).

Słowa Ewangelii, czytane – mam nadzieję – nie tylko w noc Bożego Narodzenia, przywołują na nowo dobrze znaną scenerię i ponawiają zaproszenie, abyśmy jeszcze raz zgromadzili się wokół żłóbka. Na pierwszy rzut oka Jezus to syn Maryi. Ale czy tylko? To także Syn Boży, który dla nas, ludzi, i dla naszego szczęścia zstępuje z nieba i staje się człowiekiem. Już wtedy, gdy o szczęściu, które może nam dać, nie mamy jeszcze zielonego pojęcia. Przez Niego i w Nim sam Bóg staje pomiędzy nami. Wypełnia się obietnica obwieszczona przez proroka Izajasza: „Oto nasz Bóg, Ten, któremu zaufaliśmy, że nas wybawi; oto Pan, w którym złożyliśmy naszą ufność” (Iz 25,9). Oto jak Bóg ukochał człowieka, gdy ten ani prawdziwej miłości nie znał, ani dobroci jego Serca wyobrazić sobie nie potrafił.

zabiorę Was do domu
Betlejemskie Dziecię przyszło szukać każdego, wypełniając Stare Przymierze odwiecznym Bożym pragnieniem bycia Bogiem nie tyle dla narodu, co dla całego rodu ludzkiego. To zaniepokojenie o człowieka, szukanie płynące z miłości, a rozpoczęte na początku dziejów – „Adamie, gdzie jesteś?” (por. Rdz 3,9) – teraz sięga zenitu. Sam Jezus wyjaśnił nam to w przypowieści o zabłąkanej owcy, w której pasterz zostawia 99 pozostałych i idzie szukać tej, która gdzieś się zawieruszyła. A gdy ją odnajduje, bierze z radością na ramiona i wraca do domu. Chce również i nas zabrać do domu. Tak, domem dla człowieka nie jest grób ani zmarznięta ziemia. W domu wiecznym dla człowieka jest zdecydowanie cieplej niż teraz za oknem. Tam panuje ciepły klimat prawdziwej Miłości, bo tej Bożej. Niesamowita jest ta szansa zrodzona w Betlejem: wraz z Chrystusem rodzi się nowa nadzieja, nieskończenie szeroka perspektywa wieczności, realna możliwość przezwyciężenia śmiertelnych lęków. W tym Dziecku spoczywającym w żłobie jest ratunek dla nas wszystkich. Pomoc jest w zasięgu naszej ręki. Dlaczego? Bo kocha.

pełne-puste ręce
Raz jeszcze zajrzyjmy do żłóbka. Zwykło się przedstawiać Dzieciątko z uśmiechem na ustach i szeroko otwartymi ramionami. Czy tak było? Czy w pierwszych chwilach po urodzeniu Maryja z Józefem byli pewni, że ten, który leży przed nimi, to cud? Czy opadły wszelkie wątpliwości? Nie sądzę. Pewne jest natomiast to, że autorzy dość sielankowych przedstawień Jezusa chcieli nam przekazać nie tyle historyczne szczegóły, co pewną teologiczną prawdę o pełnych-pustych Jezusowych dłoniach. Nie trzyma w nich niczego. Są na pozór puste, jakby chciał nas namacalnie przekonać, że od konkretnych szczegółów, których oczekujemy od Niego, ważniejszy jest On sam. Bóg w Jezusie bardziej od dania nam czegokolwiek, chce dać wszystko, chce dać siebie samego, gdyż „w Nim zamieszkała cała Pełnia” (Kol 1,19). Rzeczywiście, jeżeli przyjmiemy Go, będziemy mieli na wyciągnięcie ręki wszystko, co nam potrzebne, i to w Boskim nadmiarze, w Boskiej obfitości. Bo On jest też i Zmartwychwstaniem, i Życiem; On jest naszym Pokojem; On jest Prawdą, która wyzwala; On jest Chlebem życia. Wszystko, czego potrzebujemy i możemy jutro potrzebować, zostało nam dane właśnie w Nim.
Puste wyciągnięte ręce to objaw pozornej bezradności Boga, zranionej Miłości. Jak wielki jest Boży „ból” Serca, gdy w pełni boskiej świadomości widzi ludzkie decyzje prowadzące donikąd. Decyzje ludzkiej świadomości niezdolne przekraczać horyzontu śmierci. Decyzje zogniskowane jedynie na „tu i teraz”, niezmierzające ku wieczności. Rozwarte ramiona betlejemskiego Dzieciątka są dla mnie także niemym krzykiem Boga, wolno wybranej przez Niego „niemożności”. Tak, Bóg chce mieć związane ręce, by własnym wszechmocnym działaniem nie ograniczać naszej ludzkiej wolności wyboru.
Lubimy grudniowe święta, lubimy kolorowe choinki, zapach makowca i kompotu z suszonych owoców. Lubimy tak po prostu usiąść i zamyślić się. Lubimy oglądać szopki, wzbudzając w sobie szlachetne uczucia, których na co dzień mamy deficyt. Lubimy też w głębi serca poprzytulać Dziecię, powiedzieć: u mnie będzie Ci dobrze. Lubimy to… do pierwszych dni stycznia. Lecz Jezusowe dłonie pozostają wyciągnięte nie tylko w grudniu, ale i na wiosnę… choć w śmiertelnym bólu na krzyżu. Widzimy je w wakacje i na grobowych krzyżach, odwiedzając tych, którzy odeszli. Bóg o wyciągniętych rękach budzi nas co dzień, gdy w sennej półświadomości czynimy znak krzyża w porannym pośpiechu. Bóg czeka z wyciągniętymi rękami, bez miny zniecierpliwionego. Dlaczego? Bo kocha.

wierzysz we wodę?
Istnieje podobno legenda mówiąca o człowieku, który zagubił się na pustyni. Wycieńczony niemiłosiernym żarem tracił siły. W tym właśnie momencie zobaczył w oddali oazę. Nie dopuszczał jednak do siebie możliwości jej realnego istnienia. Uważał, że to miraż, złudzenie, które z niego szydzi i kpi. Kiedy się do niej zbliżył, usłyszał szum wody, wyraźniej zobaczył daktylową palmę, trawę, a przede wszystkim tryskające źródło. Uznał to wszystko za wytwór głodowego urojenia. Pomyślał: „Jak okrutna jest natura”. Kilka dni później przechodzący tamtędy dwaj beduini znaleźli go martwego. „Dlaczego nie żyje? Przecież owoce palmy były na wysokości ust, leżał obok źródła życiodajnej wody” – zastanawiał się pierwszy. Drugi odpowiedział na to: „Był człowiekiem współczesnym. Uznał za niemożliwe, aby w samym sercu pustyni można było znaleźć ratującą życie oazę. Przeszedł obok i musiał zginąć”.
Szkoda, że współczesność zamiast być znakiem nowoczesności i coraz większej dojrzałości człowieka, tworzy jego karykaturę, sprowadza go do najniższych instynktów. Współczesny człowiek próbując wyjść z zaplątanych sytuacji życia, ucieka do swego wnętrza, zatrzaskując drzwi. Szybko sprzedaje nadzieję, ba! wyzbywa się jej za darmo, przyciśnięty do ściany zasłyszanymi sytuacjami o zawiedzionych nadziejach, o tym, że jak liczyć to jedynie na siebie. Boże Narodzenie jest łamaniem betonowego kręgu beznadziei i choć czasem wydaje się bladym, nikłym światłem na ciemnym niebie, niczym betlejemska gwiazda, to jednak jest trwałym i stabilnym punktem zaczepienia dla nadziei. Czy Bóg – Nadzieja – mieszka daleko? A może największy dystans, jaki trzeba przejść to droga od wątpliwości do zaufania. Bóg jest na wyciągnięcie ręki. Dlaczego? Bo kocha.

pochyleni
Betlejemska Bazylika Bożego Narodzenia ze względu na różne wydarzenia historyczne ma niskie, wąskie wejście. Nie sposób wkroczyć do niej wyprostowanym, dumnie, majestatycznie. A dojście i dotknięcie miejsca Narodzenia też wymaga „gimnastycznych akrobacji”. Bo tajemnicy Bożego Narodzenia nie da się zrozumieć do końca, nie wyczerpią jej ani choinkowe dekoracje, ani piękne polskie kolędy. Nie wyjaśnią jej też liturgiczne celebracje ani domowi kolędnicy. Przed tajemnicą się klęka, schyla, by pokazać fizycznie to, co powinno być w sercu. Co Cię, Boże, popchnęło do tego, by zdecydować się na szaleństwo Narodzenia?
Miłość?

Artykuł ukazał się w „Czasie Serca” 1/2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *