Dom za „Bóg zapłać”

Dodano dnia 31/01/2012 | 2 komentarze

Dom za „Bóg zapłać”

Ławka w parku
„Raz poszedłem do parku na spacer. Tam na ławce siedziało dwóch takich, co tutaj kiedyś przychodzili. Słyszałem, jak jeden z nich powiedział o siostrach: «Głupie kalkutki!». W sumie dobrze i źle powiedział. Dają miejsce do spania i jedzenie przez kilka miesięcy, bo mają serce. A niemądre, bo ludziom wierzą” – z pasją o katowickich Siostrach Misjonarkach Miłości opowiada mi pan Stanisław, który codziennie przychodzi pomagać w utrzymaniu porządku i w doprowadzaniu do porządku tych, którzy chcieliby przekraczać wyznaczone zasady. – „Pijanych nie wpuszczamy. Bo jak cię stać na wódkę, to stać cię i na chleb”.

Sałatka po Mszy św.
Najbardziej narażonym na zepsucie elementem w domu są zawiasy w drzwiach wejściowych. Te niczym na dworcu non stop otwierają się i zamykają. „Dziś jest Msza św., konferencja i jedzenie, to będzie 60-70 osób. Dużo, więcej niż w lecie, bo teraz zimno i dobrze wiedzą, że tutaj dostaną coś do zjedzenia. A dziś sałatka jarzynowa” – stwierdza pan Stanisław. – „Tu jest dobry dom, dom Boży, tylko ludzie są…” – Kończy zdanie, kiwając głową. Wie, co mówi. Sam został przygarnięty przez siostry na trzy miesiące. Wiódł życie z przygodami i chorobą serca. Chciał się jakoś odwdzięczyć, ale… bezskutecznie. „To jedyna firma, w której nie biorą! Chciałem dać dwie buteleczki syropu na gardło, ale nie wzięły. One chętniej przyjmą regał, meble. Na dole mają magazyn. Wszystko tam jest: od skarpetek po koce. Dziś mieszka tutaj na piętrze około 17 osób. Czasem przychodzą zawszeni. A miasto nie pomaga. To ludzie pomagają. Siostry nie mówią: zrób to. One mówią zawsze: jeśli chcesz, to zrób. Ja też poprosiłbym, ale inaczej. Mamy tutaj 11 stołów po 16 osób, więc zapytałbym, kto zostanie na sprzątanie, a nie jedynie czekał. Inspekcja przychodzi, a na mandaty nie ma…”. A straty są. „Kiedyś mieliśmy łyżki plastikowe, teraz są niklowane. Ale wielu się one przydają, nie chcą oddać po posiłku. A jak pilnuje przy wyjściu, to chcą czasem mnie przewrócić”.
Dom Misjonarek Miłości nie jest zwyczajnym schroniskiem, ogrzewalnią, przechowalnią bezdomnych. To miejsce, gdzie nie tylko można zmienić opatrunek, wykąpać się, zjeść ciepły posiłek, otrzymać nową parę butów czy dostać trochę grosza. To nie jest też jedynie miejsce, w którym można przez pewien czas mieszkać. Tutaj można również uleczyć obolałą duszę. Kilka razy w tygodniu przed popołudniowym posiłkiem przychodzą ojcowie kapucyni, głoszą konferencję, odprawiają Mszę św. Razem z innymi jedzą to, co przygotowały siostry. Jest też szansa na spowiedź, na rozmowę. Wszyscy dobrze się znają, po imieniu i kolejach życia.
Panuje tu cisza i spokój. Z pierwszego piętra dochodzą od czasu do czasu odgłosy kaszlu, niezrozumiałe rozmowy. Mieszkańcy zdolni do pracy pomagają jedynie obierać warzywa, nigdy nie gotują. Tym zajmują się same siostry. One są tutaj też po to, by czasem dobrym sercem wyprostować komuś życie. Pan Stanisław przychodzi codziennie. Na pytanie: po co? odpowiada, że nie chce siedzieć jak tamci na ławce w parku…

Bo wraca jak bumerang…
Pierwsze piętro w domu Misjonarek należy do stałych mieszkańców. To oni mogą wspólnie mieszkać w kilku pokojach, by – jak głosi spis zasad – nabrać sił duchowych i fizycznych do nowego życia. W kilku salach stoją białe szpitalne łóżka, ujmujące prostotą. Jest pomieszczenie na posiłki, pralnia, łazienka i… palarnia. Tutaj nikt nikogo na siłę nie nawraca. Na pierwszym piętrze panuje ta sama zasada co na parterze: jeśli chcesz, to możesz to zrobić. Spis zasad wywieszony w stołówce, gdzie zawsze jest coś do zjedzenia, apeluje o życzliwość, zabrania przynoszenia alkoholu i pornografii, ostrzega przed kradzieżą wspólnych rzeczy i wyposażenia noclegowni. Przede wszystkim zaś mówi, że to jest „Twój dom, Bracie”, a „każde złe słowo, czyn i przekleństwo powróci do Ciebie i zatruje Ci życie”.
Pan Zbyszek nie pije. Nie miałby zresztą za co, okradli go nawet z dokumentów. Już cztery tygodnie korzysta z siostrzanej gościnności. Co tutaj robi? „Leczę nogi, strasznie puchną. Jestem z Rudy Śląskiej, ale tam nie ma noclegowni, jedynie ogrzewalnia”. Zna się na rzeczy. Śpiewająco wymienia roczny harmonogram godzin otwarcia ogrzewalni. Żyje z tego, co zarobi. Ostatnio pracował dwa miesiące na „śmieciowej umowie”. Skończyła się, a on już nie ma dochodów. Na pytanie o rodzinę zapada cisza. Z synem widział się ostatni raz na jego Pierwszej Komunii Świętej dobre 13 lat temu. Perspektywy na przyszłość? „Nie załamać się, mieć nadzieję i czekać na emeryturę”. Siostry próbują pokazać tym ludziom, że do pełni szczęścia brakuje im nie tyle pieniędzy czy emerytury, ile Chrystusa, który dla nich samych jest siłą napędową ich życia i działania.

24 godziny na dobę z Jezusem
Siostry nie udzielają wywiadów, nie mówią o sobie, nie pokazują twarzy do kamery. Są zwyczajnymi kobietami poświęconymi Bogu, żyjącymi charyzmatem Matki Teresy z Kalkuty. Codziennie znajdują czas na godzinną Adorację Najświętszego Sakramentu. Mówią, że ich życie to kontemplacja w działaniu. Chcą żyć 24 godziny na dobę z Jezusem, czy to w złamanym ciele ubogich, czy w Eucharystii. Tworzą międzynarodową wspólnotę, między sobą rozmawiają zatem po angielsku. W tym też języku urządziły swoją wewnętrzną kaplicę. Nie ma ławek, wygodnych poduszek, ton modlitewników… Żyją bardziej ubogo niż biednie. Bo bieda jest tam, gdzie nie jest się kochanym i nie ma się zdolności do kochania innych. One ją mają. I jeszcze łóżko, i jedzenie. Wystarczy… Mają też marzenia, obawy. Szczególnie jedną: czy robię to, czego chce ode mnie Jezus.

Artykuł ukazał się we „Wstań” 1/2012

2 komentarze

  1. „Bo bieda jest tam, gdzie nie jest się kochanym i nie ma się zdolności do kochania innych.”

    Z książki: „Wzrastać w nadziei”, Francois Gervais. Za zgodą kurii [..], notariusz: ks. Stanisław Pyzel, cenzor: ks. Kazimierz Pacek.

    „Zastanów się, jeśli jeszcze ci to powiem: „Nie potrzebuję nikogo”. Posłuchaj o mnie tego, czego żadna mowa nie potrafi ci przekazać. Kiedy pytasz mnie: „Jak leci?”, odpowiadam ci machinalnie: „Dzięki, świetnie”. Czuję się niekiedy tak podatny na zranienie, że nie wiem już, co ci odpowiedzieć. Tak bardzo chciałbym powiedzieć ci prawdę, spontanicznie, ale czy ty wysłuchałbyś mojego bólu bez wyśmiewania się ze mnie?
    Jestem zmęczony odgrywaniem bohatera. Uchodziłem za pewnego siebie, wykorzystywałem w pełni wszystkie moje środki, ale ile warta jest dobra opinia, skoro tak naprawdę nie wiesz, kim jesteś? Czy nie wydam ci się zbyt meczący, jeśli powierzę ci ciężar…ciężar łez z trudem powstrzymywanych pod maską?
    Nie, nie odpowiadaj mi. To trudne, wysłuchać mnie z moim cierpieniem. Jednakże nie proszę cię, żebyś mi ulżył, ale żebyś został tutaj, jeśli znowu pozwolę sobie odczuć, że mnie boli.
    Czuję się samotny, z mnóstwem wątpliwości, ponieważ czuję się też zobowiązany do ukrywania moich lęków. Nie wiem już, co mam włożyć na siebie, żeby ukryć słabość mojego serca.
    Z obawy, że mnie odrzucisz, sam zamykam drzwi przed prawdziwym spotkaniem między nami, bez maski, kostiumu, bez makijażu. Tak bardzo chciałbym się wydostać z piekła mojej niepewności, niepokoju, z moich scenariuszy odrzucenia, w których psuję celowo wszystkie moje kontakty. Paraliżuje mnie nadmiar obaw. Nie potrafię zrobić ani kroku, żeby poprosić o pomoc. Nie czuję się dość godny miłości, żeby prosić. Trzeba być bogatym, żeby wyrazić prośbę, ponieważ w biedzie nie ma się nawet na tyle pewności siebie, żeby coś przyjąć. To zawisa w próżni. W takiej próżni, jaką odczuwam w tym momencie.
    Tak bardzo chcę być akceptowany przez ciebie, że nie śmiem oczekiwać, żebyś mógł kiedyś pokochać mnie, mimo moich słabości. W moim bezwarunkowym przyjęciu twojej obietnicy, czy uchwycisz to wszystko, o czym milczę i co tak bardzo chciałbym ci przekazać? Przyjdź na spotkanie z tą malutką osobą we mnie, z tym dzieckiem odrzucanym przez całe życie, z tym którego ja sam dziś odrzucam, ponieważ nie potrafię zaakceptować jego potrzeby miłości. Od bardzo dawna noszę zbyt ciężki kostium.
    Robi się późno. Muszę opuścić garderobę. Zostawiam ci moją prośbę, ale nie figuruje ona w programie. Jeśli brak ci czasu, żeby mi odpowiedzieć, postaw tylko na mojej drodze jakąś osobę, która byłaby zdolna popatrzeć na mnie jak TY, a wtedy zrozumiem cię PANIE.”

    Ilu narkomanów, alkoholików, ludzi wyczerpanych, na zakręcie lub będących w depresji rozpozna w tym opisie siebie?
    A może wcale nie trzeba stoczyć się i być „z marginesu”, żeby w tym „lustrze” zobaczyć, też i swoją nędzę?

    Panie bądź uwielbiony w każdym człowieku, który podobnie do Ciebie pochyla się z miłością nad ludzką niedolą; który „niewidzialnie”, cicho, bez rozgłosu, bezszelestnie czyni dobro innym, aby Tobie oddać należną Chwałę.
    Serca wielkie nam daj, abyśmy nie zginęli z powodu naszej pychy i obojętności.
    Jezu ukrzyżowany bądź uwielbiony w każdej ranie serca.

  2. Piękne…Wspaniale,że takie Siostry istnieją,a matka Teresa…Wspaniała kobieta…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *